Dolny Śląsk - dziedzictwo przeszłości utrwalone w zabytkach

Niederschlesien - die Erbschaft der Vergangenheit in Denkmälern verewigt

Lower Silesia - inheritance of the past in remains


 

Wyszanów - powiat wschowski

vor 1945 Schwusen - Kreis Glogau

 

   

Wjazd do miejscowości oraz most nad rzeką Barycz.


              

Kościół p.w. św. Michała znajdujący się obecnie w ruinie pochodzi sprzed 1376 roku, kiedy to notowana jest pierwsza o nim wzmianka w dokumentach. Ulokowany na niewielkim wzniesieniu, gotycki, jednonawowy, zbudowany z kamienia polnego i cegły z kwadratową wieżą od południowego – zachodu. W czasie wojny trzydziestoletniej 1618 - 1648 był obiektem sporu katolików i ewangelików. W rezultacie ci ostatni byli jego użytkownikami przez kilkadziesiąt lat do 26 stycznia 1654 roku, kiedy to powrócił w ręce katolików. Świątynia zniszczona została już w XVII wieku, a w drugiej połowie XIX wieku zabezpieczono ją w postaci trwałej ruiny i taka pozostaje do dnia dzisiejszego.

        

Rozkute wejście do krypty grobowej pod posadzką kościoła, stanowi atrakcję dla wielu "eksploratorów". Obok niej pozostałość płyty nagrobnej z XVIII wieku, przedstawiciela rodu von Logau.

      

Otoczenie ruin kościoła usłane jest zniszczonymi epitafiami.


   

Na wschód od kościoła na brzegiem Baryczy stał kiedyś pałac wybudowany w pierwszej połowie XIX wieku. Olbrzymi w swym rozmiarze zbudowany zapewne na miejscu starszego założenia stał tu jeszcze w latach powojennych. Dziś miejsce to wyznacza gruzowisko i porozrzucane w pobliżu detale architektoniczne. Stanowił on w swej przeszłości własność Braune i Balthasara von Schwus oraz rodów: von Rechenberg, von Zweck, von Logau, von Egloffstein. Po rozległym majątku pozostała dziś już tylko wieża z dobudówką stanowiąca bramę wjazdową do rezydencji nabytej w 1866 roku przez Alfreda Gilka-Bötzow. Tej to rodzinie przebywającej tu do 1945 roku (ostatni właściciel Eberhard Gilka-Bötzow), poświęcone jest monumentalne, ale w znacznej części zniszczone mauzoleum grobowe zlokalizowane we wschodniej części rozległego naturalistyczno – krajobrazowego parku nad brzegiem Baryczy.

                   

Ostatnia użytkowa pozostałość dawnej zabudowy gospodarczej majątku. Wieża z dobudówką stanowiąca bramę wjazdową  z 1907 roku. W niej to ulokowany jest na ścianie bardzo już zniszczony kartusz herbowy a nad bramą wjazdową inicjały AGB - Alfred Gilka-Bötzow.


        

Tajemniczy betonowy zbiornik nad brzegiem Baryczy oraz elementy zburzonego pałacu.

       

Piwnica pałacu oraz ściana oporowa od strony Baryczy.


         

W rozległym parku naturalistyczno - krajobrazowym, ruiny zdewastowanego mauzoleum grobowego dawnych właścicieli majątku przedstawicieli  rodu Gilka-Bötzow.


Dnia 3 czerwca 2011roku w sali Starostwa Powiatowego w Górze odbyło się spotkanie z Członkami Stowarzyszenia Berlińskiej Historii Rodzinnej i Miejskiej (rodzina Gilka-Bötzow). Na zaproszenie Starosty Górowskiego Piotra Wołowicza w spotkaniu udział wzięli Burmistrz Góry Irena Krzyszkiewicz, Przewodniczący Rady Powiatu Zbigniew Józefiak, Wójt Niechlowa Jan Głuszko, Wicestarosta Powiatu Górowskiego Paweł Niedźwiedź, Dyrektor Wydziału Oświaty, Kultury i Sportu Sławomir Bączewski, Tłumacz jęz. niemieckiego Izabela Kucharska.

Głównym celem sentymentalnej podróży kilkunastoosobowej delegacji z Berlina było odwiedzenie miejsc swoich korzeni. Trzydniowa podróż (od 2.06 do 4.06) obejmowała następujące miejscowości: Drzeniów, Jędrzychowice, Kietlów, Góra, Siciny, Bełcz Wielki, Szlichtyngowa, Wyszanów i Głogów.


   

Pozostałość wiszącej kładki nad Baryczą.


           


                      

               

Przy wjeździe do Wyszanowa od strony Szlichtyngowej natrafić można na stary cmentarz byłych niemieckich mieszkańców tej miejscowości.


                

Barycz u swego ujścia do Odry w niczym już nie przypomina tej rzeki przedstawionej na starej widokówce. W suche lato to tylko strumień o głębokości nie przekraczającej zanurzenia tych przedstawionych wyżej jednostek pływających. Świetność rekreacyjnej dla mieszkańców Głogowa i  Wschowy miejscowości przeminęła na zawsze i zapewne nigdy nie powróci. Z dużej restauracji o pokaźnym zapleczu hotelowym pozostały tylko ruiny.


   

Widok z mostu na relikt starej przeprawy mostowej oraz na ujście Baryczy do Odry.


             

Ścieżka rowerowa w okolicach Wyszanowa oraz rozlewisko Baryczy w drodze na Świerczów.


   

Zapory przeciwczołgowe powstały na początku 1945 roku. Usytuowane są przy drodze w kierunku na Szlichtyngową.


           

               

Nad Odrą.


SKRÓT WSPOMNIEŃ Z WYSZANOWA W JĘZYKU POLSKIM AUTORSTWA HERBERTA HOFFMANNA UMIESZCZONY ZA JEGO ZGODĄ.

Notatka o średniowiecznej przeszłości tej wsi skłoniła mnie do tego, żeby napisać nieco o tamtejszym gospodarstwie rolnym.
Pod nazwą „SCHLICHTINGHEIM 53“ była telefonicznie osiągalna administracja majątku rolnego Eberhara Gilke-Bötzowsche.
Od Świąt Wielkanocnych 1943r. do października 1944r. byłem tam zatrudniony jako uczeń rolnictwa. Najpierw musiałem odbyć dwuletnią naukę. W hierarchii, która istniała w administracji tego dużego majątku, trzeba było być w roli wolontariusza czy asystenta i miało się za zadanie być pomocnym szefowi. Moim szefem był naczelny inspektor Heinrich Gründhel, bardzo doświadczony pan, trochę po pięćdziesiątce. Majątek miał powierzchnię ponad 1000ha i należał do niego folwark w Horingen (w Świerczowie), który leżał już w powiecie Góra, między Baryczą a Odrą, oddalony o ok. 2 km. Tam odpowiedzialnym za przebieg produkcji jako wójt (włodarz) z kompetencjami inspektora był Artur John. Ogólna produkcja była ukierunkowana na powiększenie majątku i miała nie tylko na tym terenie dobrą markę. Obok uprawy wszystkich rodzajów zbóż, były powiększane również uprawy kukurydzy i roślin oleistych; poza tym na dużym terenie ziemniaki i mała powierzchnia służyła do powiększenia nasion siewnych buraka pastewnego.
Istniała również kontraktowa uprawa buraka cukrowego tj. kontyngent produkcyjny przy cukrowni. Najbliżej położona była Wschowa.
Rzucającymi się w oczy budowlami w majątku były, obok stojącego na uboczu pałacu, gorzelnia na brzegu Baryczy i duży spichlerz zbożowy z powierzchnią składowania na trzech piętrach. Wszystko było najlepiej urządzone i wyposażone.
Było 12 koni i tyle samo mułów, które w połowie stały w stajniach w Wyszanowie i i Świerczowie. Lanz Bulblog 55 PS i traktor 45 PS i 20 PS, który był skonstruowany już jako sprzęt transportowy, pozwalały rozpoznać osiągnięty wysoki stopień techniki. Największą siłę uderzeniową gwarantowała obecność pługa parowego.
W oborze w Wyszanowie stało 40 krów, którymi opiekowała się wielodzietna rodzina Schönfelder. August Schönfelder był mistrzem mleczarskim. Codziennie uzyskiwane mleko było zawożone przez Heinricha Münzera, rolnika ze wsi, do mleczarni do Szlichtyngowej.
W majątku było również około 250 hodowlanych owiec rasy mięsnej i merinos. Codzienny czas pracy był od 7:00 do 12:00 i od 13:30 do 18:30 czyli 10 godzin. Rano i w południe rozbrzmiewał dzwon. Tych dźwięków nie mógł nikt tak perfekcyjnie wykonać jak stary Gruhn, który mimo swoich 70 lat był jeszcze stale zatrudniony przez wójta.
Była wojna i potrzebne było jego długoletnie doświadczenie. On wiedział, co ludzie i zwierzęta mogą osiągnąć, wiedział jak z nimi postępować, umiał kierować i kontrolować. Umiał ocenić wyniki a przy tym był nieprzekupny. Szczególnie dla uczniów takich jak ja był mądry i godny zaufania.
Codzienny program pracy na następny dzień był zatwierdzany wieczorem w biurze. W omawianiu brali udział: szef, wójt i uczeń. Chwilowo było dwóch uczniów.
Co należało wykonać w Świerczowie, przekazywało się wójtowi telefonicznie, ale pan Gründhel codziennie jednokonną bryczką tam jechał, aby mieć kontakt i wgląd i tą lekką, odkrytą bryczką dokonywał inspekcji również codziennie aż po miedzę wyszanowską.
W biurze znajdowały się klucze do spichlerza, szop i stodół. My uczniowie musieliśmy pamiętać, aby wieczorem było wszystko zamknięte. Stróż nocny, którym był w majątku zatrudniony pan Carli, kontrolował cały teren w nocy. W dzień pracował kilka godzin w pałacu jako służący.
Nad nim dozorował pan Winkler, który codziennie kazał przedkładać stróżowi z patrolu zegar kontrolny. Pan Winkler był mistrzem gorzelnianym i miał swoje mieszkanie w budynku, w którym wraz ze swoim personelem troszczył się, aby osiągnąć kontyngent dot. produkcji spirytusu.
Poza tym pan Winkler wykonywał całoroczne, specjalne i ważne zadania. Jemu podporządkowane były dworskie warsztaty, szlifiernia, kuźnia, warsztat kołodziejski. Warsztat siodlarski był w prywatnych rękach i w ogrodnictwie pracowały doświadczone kobiety.
W wioskach wschodnich Niemiec była zasada, że w zamkach i pałacach mieszkały rodziny, które zarządzały dużymi posiadłościami ziemskimi i pielęgnowały odpowiedni, panujący tryb życia. W większości byli to szlachcice i znane nazwiska.
W pobliżu takich właścicieli było oczywiste, że w domach dyrektora majątku, inspektora naczelnego oraz członków zarządu był wysoki standard życia.
W tym otoczeniu ja, pochodzący z małej chłopskiej rodziny dużo się nauczyłem.
W mojej pamięci są również ludzie, dużo ludzi, których nie wymieniłem z nazwiska. Są kobiety i mężczyźni, Niemcy, włoscy robotnicy najemni, polskie rodziny, francuscy i rosyjscy więźniowie wojenni. Oni byli rzemieślnikami, maszynistami, kierowcami zaprzęgów albo byli zatrudniani przy pracach polowych lub żniwach.
Oni mieli nazwiska, twarze i losy, oni pozostali w mojej pamięci.

 

WSPOMNIENIA Z WYSZANOWA W ORYGINALE

 

Unter Schlichtingsheim 53 war die Eberhard Gilka-Bötzowsche-Gutsverwaltung telefonisch zu erreichen. Von Ostern 1943 - Sept. 44 war ich dort als landw. Lehrling beschäftigt. Landw. Lehrling war zu dieser Zeit meine offizielle Berufsbezeichnung. Zuvor hatte man eine 2jährige Landarbeitslehre abzuleisten. In der Rangordnung, die es in der Verwaltung großer Güter auch gab, war man in dieser Position Volontär, Eleve oder Assistent und man hatte die Aufgabe dem Chef behilflich zu sein.
Mein Chef war der Oberinspektor Heinrich Gründahl, ein sehr erfahrener Herr, etwas über 50. Der Betrieb war über 1000 ha groß und dazu gehörte ein Vorwerk in Hortingen, es lag schon im Kreis Guhrau, zwischen Bartsch und Oder, etwa 2 km entfernt. Dort war als Vogt mit der Kompetenz eines Inspektors Artur John für den Betriebsablauf zuständig. Der Gesamtbetrieb war auf Sachgutvermehrung spezialisiert und hatte nicht nur auf diesem Gebiet einen guten Namen. Neben dem Anbau aller Getreidearten wurden auch Mais und Ölfrüchte vermehrt; außerdem in großem Umfang Kartoffeln und eine kleine Fläche diente der Vermehrung von Futterrübensaatgut. Es gab auch Vertragsanbau für Zuckerrüben, d.h. ein Lieferkontingent bei einer Zuckerfabrik. Naheliegend war die in Fraustadt.
Auffällige Bauten auf dem Hof waren neben dem etwas abseits stehenden Schloss, die Brennerei am Bartschufer und der große Getreidespeicher mit Lagerfläche in 3 Etagen. Für alles war man bestens ausgestattet und eingerichtet. Es gab 12 Pferde und ebenso viele Ochsengespanne, die je zur Hälfte in Schwusen und Hortingen in den Ställen standen. Ein Lanz Bulldog 55 PS und einer mit 45 PS sowie ein 20 PS Traktor, der schon als Geräteträger konstruiert war, lassen erkennen, dass ein hoher Technisierungsstand erreicht war. Die größte Schlagkraft war aber durch das Vorhandensein eines Dampfpfluges gewährleistet. - (Bild)
Im Kuhstall in Schwusen standen ca. 40 Kühe die von der Kinderreichen Familie Schönfeld versorgt wurden. August Schönfeld war Melkermeister, man sagte, Oberschweizer. Die täglich erzeugte Milch wurde von Heinrich Münzer, einem Bauern aus dem Dorf, zur Molkerei nach Schlichtingsheim gefahren.
Auch ca. 250 Merino-Fleischschafe wurden auf dem Gut gehalten. Die Tagesarbeitszeit war von 7.00 - 12.00 Uhr und von 13.30 - 18.30 Uhr, also 10 Stunden. Morgens und mittags wurde dazu die Glocke geläutet. Dieses Läuten konnte keiner so perfekt wie der alte Gruhn, der, obwohl schon fast 70jährig, noch immer als Vogt beschäftigt war. Es war Krieg und man brauchte seine langjährige Erfahrung. Er wusste, was Menschen und Tiere leisten konnten, er wusste mit ihnen umzugehen, konnte anleiten und kontrollieren. Er konnte Leistungen bewerten und dabei war er unbestechlich. Besonders für Lehrlinge wie mich, war es klug, sich sein Vertrauen zu erwerben.
Das tägliche Arbeitsprogramm wurde jeden Abend im Büro für den nächsten Tag festgelegt. An dieser Besprechung nahmen teil, der Chef, der Vogt und der Lehrling. Zeitweilig waren auch 2 Lehrlinge dort. Was in Hortingen zu erledigen war, wurde dem Vogt per Telefon übermittelt. Herr Gründahl fuhr aber täglich mit dem Einspänner dorthin, um den Kontakt und die Übersicht zu behalten. Mit diesem luftbereiften leichten Kutschwagen machte er auch fast täglich seine Inspektionsfahrten in der Schwusener Feldmark.

Windrad, Schloss
Meine Aufgaben waren nun, jahreszeitlich bedingt, sehr abwechslungsreich. Dünger- und Saatgutmengen auf die Feldgröße berechnen und deren Ausbringung beaufsichtigen. Die Grillmaschine abdrehen und evtl. Reihenabstand verändern. Das richtige Saatgut aus dem Speicher ausgeben, Sacketiketten der kostbaren Ware prüfen und aufbewahren. Es war in der Regel Elite- und Hochzuchtsaatgut, welches für die Vermehrung zum Anbau kam. Bei der Ernte erhielt man dann eine Ware die jeweils eine Kategorie niedriger eingestuft war. Das bedeutet, aus Elite wurde Hochzucht und aus Hochzucht anerkannter Nachbau. Heute spricht man auf diesem Gebiet von Basis- und zertifiziertem Saatgut. Voraussetzung war aber immer, dass die Qualitätsanforderungen erfüllt wurden. Als Stichworte sind hier zu nennen: Sortenechtheit, Reinheit, Keimfähigkeit, Hektolitergewicht und die Ware musste schädlingsfrei sein. Um das zu erreichen, waren die zur Saatgutvermehrung bestellten Flächen anzumelden. Während der Vegetationszeit gab es danach Feldbesichtigungen von Kommissionen, die zur Saatenanerkennung qualifiziert waren. In einem Weizenfeld durften dann z.B. keine Roggenhalme oder zuviel Windhalm sichtbar sein, oder in einem Kartoffelschlag durften sich keine Stauden finden, deren Blüten farblich abweichend waren von der sortentypischen Farbe. Fremdblühende und viruskranke Stauden mussten vor Anerkennung völlig aus dem Bestand entfernt werden. Da war man manchmal tagelang mit Mitarbeitern in einem großen Kartoffelacker. Nach der Feldanerkennung gab es im Betrieb genügend technische Einrichtungen für die weitere Saatgutaufbereitung. Für Kartoffeln große Sortiermaschinen und für Getreide die modernsten Einrichtungen einschließlich einer Trocknungsanlage. Um Qualitätseinbußen zu vermeiden, musste die eingelagerte Ernte ständig auf Temperatur und Schädlingsbefall, z.B. Kornkäfer, Mäuse und Fäulnis überprüft werden.
Bei der Ernte waren die Mengen festzustellen und aufzuschreiben, wo was gelagert war. Getreide im Speicher, Kartoffeln in Mieten. Es gehörte ferner zu meinen Aufgaben Waggons zu ordern, Frachtpapiere auszufüllen, Saatgutsäcke etikettieren und zu verplomben sowie deren Verladung überwachen. Alles was im Betrieb so ablief, musste abends in einem kurzen Text im Tagebuch eingetragen werden. Darin waren auch Spalten für Erntemengen, Verbrauch an Saatgut und Dünger, Zahl der eingesetzten Gespanne und der Beschäftigten. Auch eingehende Waren wie Brennstoffe, Schmiermittel u.s.w. mussten aufgelistet werden. Immer am Ende eines Monats war aus den Tagebuchnotizen eine Fortschreibung in einem Produkten- und Naturalienregister vorzunehmen. Die dort bilanzierten Mengen wurden von Zeit zu Zeit mit den tatsächlichen Beständen in den Magazinen und sonstigen Lagerstätten verglichen und man war froh, wenn hierbei nicht zu große Differenzen festgestellt wurden. -
Die betriebliche Korrespondenz und die Buchführung erledigte Frau Homann, später Frl. Hubrich. Diese Damen hatten auch die Lohnabrechnung zu erstellen und waren darauf angewiesen, dass wir aus der Außenwirtschaft exakte Angaben dazu ablieferten, besonders dann, wenn es zeitweilig Akkordlohn gab. -
 

Im Büro waren alle Schlüssel für Speicher, Schuppen und Scheunen. Wir Lehrlinge hatten uns davon zu überzeugen, dass abends alles abgeschlossen war. Der auf dem Gut angestellte Nachtwächter, Herr Carli, kontrollierte seinerseits das ganze Gelände während der Nacht. Am Tage war er noch wenige Stunden im Schloss als Hausdiener tätig. Ob er Nachts gewissenhaft seine Runden gegangen war, hatte Herr Winkler zu beaufsichtigen, der sich täglich den Streifen aus Nachtwächters Stechuhr vorlegen ließ. Herr Winkler war Brennmeister und hatte seine Wohnung in dem Gebäude, wo es im Winterhalbjahr mit Personal dafür zu sorgen hatte, dass das Kontingent für die Spiritusherstellung erfüllt wurde. Außerdem war Herr Winkler ganzjährig mit sonstigen wichtigen Aufgaben betraut. Ihm unterstanden die hofeigenen Werkstätten, Schlosserei, Schmiede und Stellmacherei. Die Sattlerei war in privaten Händen und in der Gärtnerei waren erfahrene Frauen zuständig.

Damit habe ich den Betrieb und seine Schaltstellen im Wesentlichen vorgestellt. Er hat fabelhaft funktioniert! Naturgemäß konnte meine eigene Funktion darin nur eine Kleine sein, ich war da, um etwas zu lernen. Der auf 2 Jahre laufende Lehrvertrag ging im Herbst 44 zu Ende weil ich, 17jährig, zum Arbeitsdienst eingezogen wurde und anschließend zum Militär musste.

In den Dörfern Ostdeutschlands war es fast die Regel, dass es darin Schlösser oder Herrenhäuser gab in denen Familien wohnten, die über großen Landbesitz verfügten und dementsprechend einen herrschaftlichen Lebensstil pflegten. Zum großen Teil waren das Adelige mit bekannten Namen. In der Nähe zu solcher Herrschaft war es selbstverständlich, dass auch in den Häusern der Güterdirektoren, der Oberinspektoren und der Verwalter ein gehobener Lebensstandard an den Tag gelegt wurde. In dieser gesellschaftlichen Umgebung hatte ich, aus klein bäuerlicher Familie stammend, sehr viel zu lernen.

Im Hause der Familie Gründahl wurde ich grundsätzlich mit Sie angeredet. Das Frühstück bekam ich vom Dienstmädchen aufs Zimmer gebracht. Die gemeinsamen Mahlzeiten wurden im Esszimmer serviert. Silberbesteck und damastene Servietten waren das ganz Normale. Die Dienstmädchen nahmen derweil ihr Essen in der Küche ein. Damit will ich eine Rangordnung aufzeigen, die sich in Jahrhunderten so etabliert hatte. Für einen heutigen landw. Lehrling sind solche gesellschaftlichen Strukturen kaum noch vorstellbar. Ich hatte das Glück auf diesen Hof zu kommen und das alles zu erfahren. Sehr gerne denke ich an diese Zeit zurück. Es waren gut 500 Tage, die ich in Hausgemeinschaft mit der Familie Gründahl verbracht habe.

In meiner Erinnerung sind aber auch alle, die vielen Leute, die ich noch nicht genannt habe. Frauen sind es und Männer, Deutsche, ital. Gastarbeiter, polnische Familien, franz. Kriegsgefangene und russische Kriegsgefangene. Sie waren Handwerker, Maschinisten, Gespannführer oder waren in Kolonnen bei Feld- und Erntearbeiten im Einsatz. Sie hatten Namen, Gesichter und Schicksale, die bleiben lebendig in meinen Gedanken.

Die Wahrzeichen des Gutes sind weitgehend verschwunden, der Park in seiner ursprünglichen Ausdehnung war 1997 noch da. Es stand noch der Kuhstall und der Saatspeicher. Das Dorf schien weitgehend unverändert zu sein.

Aus Schwusen ist Wyszanów geworden!

Herbert Hoffmann

I

Archiwalne widokówki i zdjęcia

Historische Ansichtskarten und Fotos

 

 

Friedrich Bernhard Werner - Ilustrowana Topografia Śląska z lat 1744-1768. Skan udostępnił autor strony: http://www.dokumentyslaska.pl/

 

                       

 

                       

 

                       

 

                       

 

                   

 


 

                       

 

Zdjęcia pochodzą z czasopisma Neuer Glogauer Anzeiger.

 


Śląsk - Dolny Śląsk - Schlesien - Niederschlesien - Silesia - Zabytki Dolnego Śląska

Będę wdzięczny za wszelkie informacje o historii miejscowości, ciekawych miejscach oraz za skany archiwalnych widokówek lub zdjęć.

Wenn Sie weitere Bilder oder Ortsbeschreibungen zu dem oben gezeigten Ort haben sollten, wäre ich Ihnen über eine Kopie oder einen Scan sehr dankbar.

Tomasz  Mietlicki    e-mail  -  itkkm@o2.pl