Antoni Bok

70 lat temu płonęła głogowska synagoga

synagoga.jpg (106658 bytes)


W ostatnich daniach października 1938 r. granicę polską w Zbąszyniu przekroczyło kilka tysięcy polskich Żydów zamieszkałych w Niemczech. Zostali przymusowo przewiezieni do Zbąszynka (wówczas Neu Bentschen) i stamtąd brutalnie przegnani do granicy. Wśród wygnańców była rodzina Grynszpanów. Tydzień później, 7 listopada, ich siedemnastoletni syn, przebywający w Paryżu Herszel Grynszpan, mszcząc się za prześladowanie swoich współbraci, postrzelił tam sekretarza ambasady Niemiec Ernsta von Ratha, który w dwa dni później zmarł. Zamach posłużył Hitlerowi za pretekst do zarządzenia wielkiego pogromu Żydów. W nocy z 9 na 10 listopada w całych Niemczech demolowane były żydowskie sklepy i mieszkania. Wiele tysięcy żydowskich obywateli zostało brutalnie pobitych, także - postradało życie. Podpalono kilkaset synagog. Tak było również w Głogowie.
To był „gniew ludu” – ogłosiło ministerstwo propagandy II Rzeszy. 
Na prawdziwy przebieg wydarzeń w naszym mieści rzucają światło wspomnienia dra Karla-Marii Heideckera*: 
„W listopadzie 1938 r. moi rodzice [obydwoje byli lekarzami – przyp. red.] znajdowali się na urlopie. W swojej przychodni i szpitalu pozostawili zastępców. Rankiem 10 listopada obydwaj lekarze przy śniadaniu byli całkowicie wyczerpani. Opowiedzieli nam, że całą noc spędzili na dyżurze, gdzie opatrywali pobitych przez nazistów Żydów. W ten sposób jeszcze przed pójściem do szkoły dowiedziałem się o nocnych pogromach. 
Idąc do szkoły [gimnazjum katolickie w kompleksie pojezuickim przy kościele Bożego Ciała] widziałem porozbijane szyby w oknach sklepu Breslauera, zniszczone wystawy, porozrzucane na chodniku tekstylia. Podczas lekcji dozorca przyniósł „okólnik” dyrektora, w którym najsurowiej zakazywał nam opuszczania w czasie przerw szkolnego podwórza. Dowiedzieliśmy się jednak od kolegów, którzy w drodze do szkoły przechodzili Wingenstrasse [ul. Kołłątaja], że pali się synagoga. Mimo zakazu, wydostaliśmy się przez boczne wyjście z terenu szkoły i pobiegliśmy małymi grupkami w pobliże płonącej synagogi. Wracając do domu nadłożyłem drogi i widziałem dalsze zdewastowane żydowskie sklepy, wśród nich również dom towarowy Wertheima. 
Synagoga znajdowała się bezpośrednio przy katolickim szpitalu św. Elżbiety. Oddzielał ją od niego jedynie ogniotrwały mur. Następnego dnia można było w „Nordschlesische Tageszeitung” przeczytać, że w nocy z 9 na 10 nagle nastąpił wybuch „gniewu ludu” i doszło do ekscesów przeciwko Żydom. Matka mojego kolegi H.-L. Abmeiera znajdowała się akurat na oddziale ginekologicznym szpitala. W ten sposób dowiedzieliśmy się od niego, że głogowska straż pożarna już od przeszło doby wiedziała o mającym nastąpić „gniewie ludu”, ponieważ przez cały dzień 9 listopada zajmowała się zabezpieczeniem przeciwpożarowym sąsiadujących z synagogą budynków. Tak oto jasne się stało, że gazeta kłamie. 
Po pogromie żydowskim kolegom nie wolno było uczęszczać dalej do szkoły. Żydowscy mieszkańcy miasta musieli odtąd nosić na ubraniu czarną gwiazdę na żółtym tle; w środku napis: Jude. Kiedy matka wróciła z urlopu, dowiedziałem się od niej (była lekarką domową wielu żydowskich rodzin), że Żydów wyrzucono z ich mieszkań i przesiedlono przymusowo do dwóch domów przy Arnoldstrasse, [ul. Staromiejska i Parafialna] gdzie musieli odtąd mieszkać stłoczeni na małej przestrzeni”. 
W 1933 r. społeczność żydowska w Głogowie liczyła około 600 osób. Do momentu pogromu wielu udało się wyjechać. Większa część z nich wyemigrowała z Niemiec. Po „Nocy Kryształowej” wyjechać było już trudniej. W chwili wybuchu II wojny światowej w małym głogowskim getcie znajdowało się około 100 starszych wiekiem osób. Wiosną 1942 lub 1943 r. 30 osób zostało wysłanych transportem do obozu w Izbicy koło Lublina, pozostali - do Terezina w północnych Czechach. Wszyscy zginęli. Pewne jest tylko, że uratowała się Elise Getzel (nb. znajoma matki autora przytoczonej relacji). 
Spaloną głogowską synagogę hitlerowcy zamierzali wysadzić, ostatecznie ze względów bezpieczeństwa rozebrano ją przy pomocy kilofów. W 1993 r. na miejscu synagogi powstał pomnik – miejsce pamięci (o samej inicjatywie należałoby napisać kiedy indziej). Niedawno temu dodano jeszcze makietę synagogi w przeszklonym kiosku. Samo miejsce pamięci sprawia jednak smętne wrażenie: widoczne jest zaniedbanie. Przypomnijmy, że jest ono we władaniu gminy żydowskiej z Legnicy. Czyżby tam, gdzie pamięć winna mieć swoich najważniejszych strażników, poszła ona - w niepamięć? 

Fragmenty Erinnerungen an Juden und Nazis in Glogau przytaczam za www.heidecker.eu/Genealogie/D_Glogau_Juden.htm