Mileszyn
Niewielka wieś na uboczu
Mileszyn (niem. Milchau) leży ok 15 km na wschód od Głogowa. Można tu dotrzeć np. rowerem, jadąc wzdłuż wału przeciwpowodziowego. Najciekawszym obiektem miejscowości był niegdyś urokliwy pałac, nieopodal którego rósł stary dąb.
Obiekt pochodzący z początku XIX w. funkcjonował jeszcze po II wojnie światowej. Dziś stoi odłogiem, z roku na rok popadając w coraz większą ruinę. Niewiele lepiej wyglądają sąsiednie zabudowania gospodarcze z XIX i XX w. wraz z dawnym folwarkiem Eichhof. Dąb liczy sobie ok 20 m wysokości i charakteryzuje się rozdzielonym na dwa konarem. Jest to najgrubszy dąb w powiecie głogowskim - jego obwód wynosi 657 cm.
Jeszcze kilka lat temu w pobliżu jednej z posesji znajdował się żelazny element pochodzący najprawdopodobniej z pobliskiego schronu Pozycji Środkowej Odry. Dziś jednak nie ma po nim śladu, gdyż zaginął w tajemniczych okolicznościach…
Niecałe 3 lata temu (18.05.2019) na portalu myglogow.pl ukazał się artykuł o pierwszym powojennym mieszkańcu Mileszyna, liczącym sobie wówczas 100 lat. Poniżej fragmenty tej interesującej historii:
W małym Mileszynie, który ma tylko dziesięć numerów, pan Stanisław był pierwszy. We wsi tuż nad Odrą zamieszkał po wojnie w 1947 roku. – Padło na gospodarstwo, w którym jestem do dziś. Było wtedy w najlepszym stanie. Wszędzie dookoła byli Niemcy i Rosjanie. Jedni drugich przeganiali. Wybijali szyby, plądrowali. Jak my się pojawiliśmy, to nie dostaliśmy żadnych wielkich majątków, tylko gospodarki, które trzeba było postawić na nogi – opowiada.
Do gminy Pęcław trafił z rodzicami i żoną, którą poznał w czasie wojny. Pochodzi z Wielkopolski. – Któregoś dnia przyszli Niemcy i powiedzieli: ty i ty. Kazali mi jechać na Zachód do pracy. (…) Pomagałem takiemu staruszkowi. Nie miałem źle, traktowali mnie jak swojego – mówi. Kiedy wojna się skończyła, trafił do obozu Amerykanów (…). - Stamtąd latały samoloty za ocean. Miałem wybór – zdradza stulatek. Ostatecznie wybrał drogę na Wschód i – jak zapewnia – nigdy nie żałował.
Dlatego, że byłem pierwszy, wszystko załatwiali ze mną – wspomina. Przez lata uprawiał rolę, był sołtysem, ławnikiem i zasiadał w kolegium. Tuż przed urodzinami miał okazję przeglądać swoje medale za zasługi. Jeden z nich jest za pomoc w czasie powodzi. – Odry doglądałem od zawsze. Kiedyś rzeka przyciągała sporo ludzi. Nad jeziora, które są dookoła, przyjeżdżało sporo turystów, nawet z Legnicy – mówi. Tak było aż do powodzi w 1997 roku. Cały Mileszyn i wszystkie wsie dookoła ewakuowano, ale dla pana Stanisława to nie był powód do przeprowadzki.
(…) Jeszcze jestem zdrowy. Tylko nogi odmawiają mi posłuszeństwa – dodaje. Razem z żoną, która zmarła 20 lat temu, doczekał się szóstki dzieci. Dziadkiem jest dla szesnaściorga wnuków, pradziadkiem dla siedemnaściorga dzieci. Ma również praprawnuczkę. – To te dzieci go trzymają. Dzięki nim jest z nami i dobrze się trzyma – opowiada córka pana Stanisława.
Źródła: glogauerheimatbund.de, glogow.pl, polska-org.pl, myglogow.pl, M. Górczak, T. Mietlicki, W. Najgebauer









