Wehikuł czasu - czerwiec 2013 (rok 5/52)

Czerwiec – to chyba przede wszystkim Dni Głogowa, kolorowa światłami i różami fosa, koncerty, turnieje i festyny. A pierwsze Dni naszego miasta odbyły się już w 1959 roku. Może też wreszcie nadchodzące lato przybędzie w czerwcu do bram wakacji?

Ale wróćmy jeszcze do minionego miesiąca. Wydarzeniem w całym kraju okazała się sobotnia, muzealna noc 18 maja.  Według informacji Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Głogowie, frekwencja Nocy Muzeów 2013, która odbywała się tu pod hasłem „Wikingowie i Słowianie”, wyniosła  ponad 4000 osób. A wieżę głogowskiego ratusza z wystawą "Schody do historii" odwiedziło osób 526. Gratulujemy. Głogowianie jak widać potrzebują i chcą wiedzy o przeszłości. Ważne by podawano ja tani, lub za darmo. Minister Kultury zapowiada, że bilety do muzeów potanieją (to na marginesie)

A Wehikuł tę Noc spędził w Muzeum Miejskim we Wrocławiu, gdzie przez kilka godzin tropił wśród zwiedzających tłumów ślady głogowskie. Jest ich mnóstwo – medale, obrazy i portrety ludzi związanych z miastem i Śląskiem, literatura. No i oczywiście wiele artefaktów życia codziennego. I we Wrocławiu Wehikuł przypomniał, że umknęła nam w tym roku ważna rocznica. W trakcie multimedialnego seansu w Hali wrocławskiej padła data jej otwarcia. 20 maja 1913 roku oddano do użytku Halę Stulecia, wybitne dzieło architektury modernistycznej, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Przetrwała wojnę, przemianowana na Halę Ludową służyła Wrocławiowi przez cały okres Peerelu. Potem wrócono do nazwy nadanej przez budowniczych. Dlaczego nie wrócono do nazwy Most Cesarski? Pozostawiono Grunwaldzki… Nazwą Hali uczczono stulecie zrywu niemieckiego przeciw Napoleonowi w 1813 r. To wtedy też skapitulowała francuska załoga Głogowa. Jak w mieście tak zakochanym w Napoleonie, ta rocznica przeszła bez echa? Jedynym akcentem ale bardzo pobocznym jest wystawa w Lubiążu - Z Napoleonem i przeciw niemu - Śląsk w latach 1806-1815, przygotowana z udziałem głogowskiego Muzeum.

Wehikuł sekunduje głogowskiej nowej tradycji. W tym roku, już po raz czwarty, 24 czerwca przy pomniku najsłynniejszego solenizanta – Jana z Głogowa, w dniu imienin spotkają się Janiny, Jaśki i Janowie. A Wehikuł niżej przypomni jak spędzał swoje imieniny w 1986 r. ówczesny dyrektor Huty Miedzi, Jan Bisztyga.

Kolejna pozycja Z lektur Wehikułu - i inne czerwcowe ciekawostki w zakładce Wehikuł czasu - powyżej. Wszelkie pytania i uwagi prosimy kierować na adres wehikulczasuglogow@interia.pl.

Wehikuł przez okno

Ostatnia zagadka okazała się trudna, choć wśród stałych czytelników znaleźli się jak zwykle mistrzowie celnego oka. Oczywiście obiekt w centrum to piekarnia przy Obrońców Pokoju. Niektórym zakręciła się łezka na wspomnienie przynoszonych do upieczenia blaszek z maminymi ciastami.

Dziś może trochę prościej, ale pozornie, bo pytanie brzmi, skąd zostało zrobione to zdjęcie, co przedstawia i która wieża na nim widnieje? Lewa czy prawa?

Z lektur Wehikułu

Przyszedł czas by Wehikuł zatrzymał się przy książce już trochę zapomnianej. Jednak całkiem aktualnej w swojej idei i zamyśle. Przypomnijmy więc Aleksandra Bocheńskiego "Dzieje głupoty w Polsce, czyli pamflety dziejopisarskie”.

Pierwsze wydanie ukazało się w 1947 r., bowiem autor napisał ją w czasie okupacji kiedy przekonał się po poznaniu poglądów liderów społeczeństwa polskiego, że:” po pierwsze, mają oni dość mylne pojęcie o naszej przeszłości, a po drugie - bez trudu znajdują historyków, na których mogą się powołać dla poparcie swego zdania. Pojęcia te wypowiadali na uzasadnienie swoich bieżących decyzji. Stąd namacalnie niejako przekonałem się, że dziejopisarstwo wywiera duży wpływ na losy naszego zbiorowiska i że wpływ ten może być zły albo dobry, zależnie od tego, czy dziejopisarstwo przedstawia przeszłość prawdziwie czy fałszywie."

Oczywiście proponowana lektura nie wyczerpuje tytułowego tematu dziś jakże aktualnego. Tytuł jest przywoływany przez publicystów różnej proweniencji i o różnych poglądach. Zapomnianą jest, choć wydana została w 1988 roku w nakładzie dziś niebotycznym, bo 40 000 (czterdziestu tysięcy) egzemplarzy.

Okładka książki

 

Kilka fragmentów:

„Książka niniejsza zawiera kilka pamfletów, poświęconych naszym historykom. Napisałem ją podczas okupacji, gdy stwierdziłem w rozmowach z przywódcami naszego społeczeństwa, że: po pierwsze, mają oni dość mylne pojęcie o naszej przeszłości, a po drugie - bez trudu znajdują historyków, na których mogą się powołać dla poparcie swego zdania. Pojęcia te wypowiadali na uzasadnienie swoich bieżących decyzji. Stąd namacalnie niejako przekonałem się, że dziejopisarstwo wywiera duży wpływ na losy naszego zbiorowiska i że wpływ ten może być zły albo dobry, zależnie od tego, czy dziejopisarstwo przedstawia przeszłość prawdziwie czy fałszywie."

“Nie będąc więc apologetą, jest jednak król obiektywnym i krytycznym obrońcą swojej polityki zagranicznej i wewnętrznej.”

“Od tej chwili nieprzerwanie bowiem aż po Sejm Czteroletni, a potem po rok 1863, cechy istotne i niezmiennie się powtarzające tych pseudopatriotów są następujące:

1)     Niezdolność do przewidywania, brak przewidywania skutków swoich pociągnięć – i niechęć do pracy etapami.

2)     Skrajna naiwność i brak przewidywania reakcji poszczególnych mocarstw.

3)     Nieliczenie się ze stosunkiem sił własnych do sił przeciwnika.

4)     Charakterystyczna wiara w “wierność” Francji.

5)      Stąd idące zaniedbanie gotowania sił własnych.

6)     Fatalnie wybrany moment rozprawy.

7)      Na końcu apoteoza bohaterstwa wyczynów swego obozu w przeszłości i negowanie jakichkolwiek nawet najbardziej oczywistych doświadczeń, płynących ze stałego powtarzania tych samych błędów.”

 

“Niech młodzież myśli, jak chce – ale niech myśli. Dodaję: nie tylko młodzież.”

Po wojnie kontrowersje wzbudziła w podobnym duchu napisana, choć z innych pozycji ideowych książka Zygmunta Załuskiego „7 polskich grzechów głównych”. Której lekturę wytrwałym Wehikuł też poleca.

 


1258, 1.06., Konrad I podarował dominikanom plac pod budowę klasztoru. Ponadto z nadania księcia Bolesława II Rogatki oraz osób prywatnych – głównie mieszczan głogowskich – otrzymali oni drobne darowizny w mieście i las koło Obry (potwierdzone około 1266 roku). Notka ta kłóci się z wcześniejszym zapisem Wehikułu, że miało to nastąpić 1 stycznia tego roku. Więc dla poparcia tej tezy przytacza literaturę: Roman Stelmach, Źródła do dziejów śląskich dominikanów zachowane w archiwach wrocławskich, w: Dominikanie. Gdańsk – Polska – Europa. Materiały z konferencji międzynarodowej, Gdańsk-Pelplin 2003, s. 519-530; Marek Robert Górniak, Konrad I Głogowski, w: Encyklopedia Katolicka, Lublin 2002 IX, kol. 664-665; Aleksander Walkowiak, Biblioteka kolegiaty głogowskiej w średniowieczu, Głogów 1994, s. 16.

 

1429, czerwiec, husyci sieją strach na Śląsku. Dbający o dobre stosunki z książętami śląskimi Władysław wysłał swojego przedstawiciela. Prowadził on rozmowy i z taborytami i poszkodowanymi. Wśród nich byli również powinowaci i podopieczni polskiego króla. Polski monarcha był bowiem prawnym opiekunem nieletnich książąt cieszyńskich - synów Bolesława I i swojej siostrzenicy Eufemii. Król Władysław Jagiełło w liście do Witolda pisał więc o tej misji tak:

 „…posłaliśmy Chrząstowskiego na Śląsk…. donosi, że książęta głogowscy udali się do niego; błagali, aby porozumiał się z nami i imieniem owych książąt nas prosił, abyśmy chcieli wziąć ich miasto Głogów w nasze poddaństwo i opiekę i rycerzy w tymże mieście i zamku osadzić…”.

Zaufany królewski Chrząstowski przywiózł więc zaproszenie do Głogowa dla królewskich oddziałów. Tak trafił nad Odrę Piotr Szafraniec, członek potężnego rodu panów małopolskich. 

 

1443, 5.06., w Głogowie i w Sławie odczuwalne jest trzęsienie ziemi. Jak się potem okazało odczuwalne było na całym Dolnym Śląsku. Tak donosiła Kronika Sławy Martina Sprungali. Ale J. Blaschke napisał w swojej monografii Głogowa i Ziemi Głogowskiej, że „Nie mniejszy przestrach dotknął Głogowian w 1433 wraz z odczuciem trzęsienia ziemi”.

 

1488, 16.06., Król Maciej energicznie domaga się przez swoich posłańców, od Wrocławia, Zgorzelca i Świdnicy przysłania ich największych dział (puszek). Powinny zostać zaopatrzone też w kule. Na miejscu oblegający mieli zapewnić proch, którego trzeba było w wielkich działach ok. cetnara (ok. 50 kg) na jeden strzał.

Służby logistyczne „Czarnej Roty” oblegającej miasto, rozpoczynają budowę umocnień mających za zadanie uniemożliwienie dostaw i uzupełnień. Czyli tworzą tak zwaną linię cyrkumwalacyjną. Przeciwko obrońcom, mająca za zadanie m.in. uniemożliwienie wycieczek z twierdzy, budowana jest linia kontrwalacyjna. Wykopane zostaną dwie głębokie fosy. Wśród fortyfikacji polowych znalazły się także dwa pasy częstokołów i 7 bastei.

 

1632, 10.06., w XVIII wiecznej kronice zielonogórskiej Wehikuł znalazł pod dzisiejszą datą taki zapis:burmistrz Prüfer z Głogowa podciął sobie nożem gardło. Był on burmistrzem Zielonej Góry

 

1666, 18.06., następcą zmarłego komendanta twierdzy von Mersa został mianowany generał [General-Wachtmeister] Ludwig von Lopis, baron von Monteverques, dziedzic na Domanicach [Domanz] i Posewitz, francuski szlachcic z Awinionu. Na Śląsk trafił w trakcie wojny trzydziestoletniej wraz z oddziałami piechoty. Dowódca i właściciel (w latach 1636-1650) pułku piechoty niemieckiej. Do nie dawna był komendantem w Legnicy. Głogowska Rada Miejska gratulując mianowania, wyraziła przekonanie, że miasto przez długi czas dozna dzięki jego doświadczeniu, ochrony. Niestety życzenia i pozytywne opinie przekazane nam przez burmistrza Berndta nie mówiły prawdy. Generał przede wszystkim dbał o interes twierdzy, cesarza i własny. I to w różnej kolejności. M. In. zażądał wzniesienia mostu zwodzonego na Odrze, wykonania domów dla straży i budek strażniczych i wielu innych świadczeń. Prof. Jerzy Maroń przypomina w swojej znakomitej książce (Wojna trzydziestoletnia na Śląsku. Aspekty militarne, Racibórz 2008), że jego nazwisko często występuje w dokumentach, jako dowódcy oddziałów wojskowych łupiących mieszkańców Śląska.

Ludwig von Lopis baron von Monteverques

 

1886, 8.06., odbyło się nabożeństwo, podczas którego poświęcono nowo zbudowany kościół staroluterski w Głogowie. Pierwszym proboszczem parafii staroluterskiej był ks. Adolf Schnieber, późniejszy superintendent (odpowiednik biskupa) kościoła w Poznaniu. Głogowscy staroluteranie pochodzili głównie z Krążkowa, gdzie spotykali się na nabożeństwach na zamku. Parafia była na tyle duża, że posiadała swoje filiały. Jednym z nich był filiał w Lesznie, do którego dojeżdżali głogowscy duchowni aż do odzyskania niepodległości przez Polskę.

 

Kościół staroluterski w Głogowie [ze zbiorów – zdjęcie z Marcina Błaszkowskiego autora powyższej notki]

 

1945, 25.06.

W trakcie wielkiej Parady Zwycięstwa w Moskwie, na Placu Czerwonym pod trybunę honorową żołnierze wnieśli sztandary pokonanej armii hitlerowskiej. Wehikuł już o tym pisał - wśród nich były również znaki jednostek głogowskich. Jak się tam znalazły?

Po nieudanym zamachu 20 lipca 1944 roku, Hitler po raz kolejny z niechęcią odniósł się do Wehrmachtu. To bowiem oficerowie armii wystąpili przeciwko najwyższej władzy i kanclerzowi osobiście.

Jedną z szykan było pozbawienie oddziałów znaków honorowych pod pretekstem umieszczenia ich w muzeum i ochrony przed dostaniem się w ręce nieprzyjaciela. Nie była to nowość w dziejach wojen. W pewnym okresie i Napoleon nakazał wycofanie legendarnych orłów z pierwszej linii.

W Głogowie rozkaz miał dotyczyć sztandarów 54 pułku artylerii i 18 batalionu saperów. Polecenie zawierało również wskazanie, że sztandary należy spakować i wręcz chyłkiem wywieźć z garnizonu bez jak nakazywano, zbędnych honorów i ceremoniału. Przedłużano moment przekazania znaków w nieskończoność. W gronie oficerskim nie było zgody na termin i formę wydania. Jednak w styczniu 1945 nie dało się już dalej zwlekać. Podjęto decyzję, że dla resztek garnizonu będzie to jednak wydarzenie. W asyście honorowej kursantów kursu oficerskiego 213 batalionu saperów odprowadzono sztandary na głogowski dworzec. Maszerowano ul. Langestr. (Długą) i Hohenzollern (Aleją Wolności). Na głogowskim bruku musiał się głośno rozlegać miarowy stukot podkutych butów. Rozwinięte sztandary po raz ostatni jak się okazało przedefilowały w swoim garnizonowym mieście. Jak opisuje badacz dziejów głogowskiego Wehrmachtu p. Stuhler sztandary miały zostać zdeponowane jak i pozostałe z VIII okręgu Wojskowego, w Zamku Wiesenberg k Mahrisch Ost. Kiedy dostały się w ręce zdobywców przewieziono je do Moskwy gdzie w trakcie Parady Zwycięstwa znalazły swoje miejsce w pierwszym rzędzie. Rzucono je na bruk pod murem kremlowskim. Dołączone zdjęcia opisane jako zrobione w styczniu pokazują żołnierzy bez płaszczy a na placu nie ma śniegu.

Asysta honorowa i przekazanie sztandarów na głogowskim dworcu kolejowym.[ze zbiorów TZG]

 

1949, 6.06., dr Juszkiewicz, jeden z nielicznych lekarzy na ziemi głogowskiej mimo wielu prósb władz administracyjnych, gospodarczych i politycznych musiał odbyć wojskowe przeszkolenie medyczne i sanitarne. Jak wspominał „W roku 1949 w maju, zostałem powołany do czynnej służby wojskowej”. I właśnie dziś przyjechał z Łodzi na trzy dni urlopu. Nie dane mu było spędzić cywilnego urlopu w spokoju. W trakcie masowej uroczystości na pobliskim stadionie miejskim nastąpił niespodziewany wybuch nie usuniętej wcześniej pamiątki po niedawnej wojnie. Młody lekarz udał się więc do pełnienia swoich obowiązków i opatrywania rannych. Czas przepustki dr Juszkiewicz spędził w szpitalu.


Dr Wiesław Juszkiewicz w trakcie szkolenia wojskowego w 1949 r. [Archiwum rodzinne] 
 

1981, 23.06., obraduje Wojewódzka Konferencja Sprawozdawczo-Wyborcza PZPR w Legnicy. Uczestniczy w niej duża grupa delegatów z Głogowa. Rozwija się tu silnie ruch tzw. ,,struktur poziomych" czyli porozumienia poziomego organizacji partyjnych zakładów pracy z pominięciem aparatu partyjnego wyższych szczebli (popularne „poziomki”). Dzięki temu porozumieniu wśród delegatów na konferencję i głogowskim kandydatem na funkcję I Sekretarza KW PZPR w Legnicy został Zdzisław Zyga.

 

Główny księgowy z Famaby Zdzisław Zyga (17.07.1926-3.09.2006)  był znaną i popularną postacią. Pochodził z Lubelszczyzny, w czasie wojny w partyzantce akowskiej, potem w Wojsku Polskim. Oficer, pilot,  po zwolnieniu ze służby wojskowej, w Żarach, w przemyśle. Ekonomista. W 1969 r. trafił do Głogowa, do GFMB. 15.12.1981 na skutek nacisków politycznych przeszedł na wcześniejszą emeryturę. Zginął tragicznie w Kulowie, pochowany na cmentarzu przy Legnickiej.

 

W Konferencji uczestniczył, z „klucza” jak sam wspominał, wicepremier Mieczysław F. Rakowski. Nie planował wystąpienia. Jednak w rozedrganej emocjami swobodnego mówienia atmosferze,  uznał, że musi odpowiedzieć kilku dyskutantom. Jednym z nich miał być właśnie głogowski kandydat na I sekretarza KW PZPR.

Zanotował w wydanej później swojej książce  Czasy nadziei i rozczarowań” – (s. 279): „zająłem się wypowiedzią pewnego towarzysza, który – o zgrozo! – znalazł się wśród kandydatów na I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego. Na wstępie wyraziłem zdumienie, że przewodniczący konferencji nie przerwał mu jego wystąpienia, choć część delegatów tego się domagała. Towarzysz ten stwierdził m.in., że całe 36-lecie nadaje się do wyrzucenia na śmietnik. Jego zdaniem, polska rewolucja w latach czterdziestych kontynuowała dzieło rozpoczęte w Stutthofie, Oświęcimiu i Palmirach. Powiedziałem, ze jeżeli ktoś porównuje trudne, a nieraz i krwawe zmagania właściwe każdej rewolucji z tym, co hitlerowcy uczynili w Oświęcimiu, to powinien sam złożyć legitymację partyjną. Powinni ją złożyć także ci, którzy uznali, ze może on kandydować na I sekretarza. – Wyprano nam mózgi - stwierdził ów towarzysz. W odpowiedzi usłyszał ode mnie, że „no może niektórym wyprano i do dziś z tym chodzą” i opowiadają brednie.

 …było to skrajne wystąpienie… człowieka, który uznał, iż wreszcie nadeszła pora na powiedzenie głośno tego co mu leżało na sercu….”

 

         Z kronikarskiego obowiązku zanotujmy, że Z. Zygo nie został wybrany. I sekretarzem został Stanisław Jasiński, inżynier z KGHM, spoza aparatu partyjnego

Wehikuł wróci jeszcze do postaci głogowskiego bohatera tego dnia, jak i do „głogowskich poziomek”, w trakcie najbliższych podróży.

 

1 strona Gazety Robotniczej relacjonującej obrady Konferencji.

 

1986, 24.06., dziś w Hucie Miedzi ma nastąpić wyburzenie komina H-150 na Wydziale Ołowiu i Wydziale Kwasu Siarkowego. Będzie to pierwsza w Polsce wykonana metodą strzałową operacja kontrolowanego wysadzenia komina w funkcjonującym zakładzie. Zaproszono do tej operacji płk Jana Iwaszkę z WSOWInż z Wrocławia.

 

Od kilku miesięcy wiadomo było, ze dni komina są policzone. Jeżeli się go nie rozbierze to spowoduje nieobliczalna katastrofę budowlaną. Bowiem wewnątrz 150 metrowej budowli zachodziła reakcja chemiczna mokrych gazów z fabryki kwasu z trzonem żelbetowym. Poproszono więc o ekspertyzę wybitnych fachowców. Przyjechał światowej sławy specjalista prof. Roman Ciesielski z Politechniki Krakowskiej.

 

Stanisław Kot (późniejszy dyrektor HMG) wspominał w hutniczym wydawnictwie. : „Ubraliśmy go w to co się wtedy ubierało, czyli zwykły fartuch, kask, rękawice, okulary i poszliśmy pod ten komin … padało wtedy bardzo …. w pewnym momencie profesor nam zniknął. Patrzymy a on jest już 50 metrów nad ziemią, na drabinie … Heniu Kaczmarek pierwszy wyrwał za profesorem. Wrócili razem po jakiejś godzinie. Profesor był bardzo poważny … wziął kartkę papieru i napisał krótką, kilkuzdaniową opinię. Że komin jest w stanie awaryjnym i grozi mu zawalenie i należy w jak najszybszym czasie jego wyburzenia,. Nie spodziewaliśmy się takiej opinii ...” Opowieść ta ma swój niespodziewany epilog. Tak bliskie podejście i wejście na komin i to w padającym stale deszczu dla Profesora Ciesielskiego nie zakończyło się bezkarnie. Kwas rozpuścił mu skarpetki.

 

Ale wracajmy do dnia operacji. Dyrektor Kot wspomina: „… komin miał się przewrócić po pierwszym strzale. Tak się jednak nie stało … wsparł się na tzw. popielniku … mimo, że się trochę przechylił w planowanym kierunku - jednak nie upadł. Przy drugim strzelaniu – ani drgnął. Czas upływał … Za trzecim razem komin poleciał”. Oczywiście nie było tak prosto, świadek wspomina, że dowożono kolejne materiały wybuchowe, że obliczenia wskazywały na inne zapotrzebowanie. Że wreszcie konstrukcja popielnika wzmocniła niespodziewanie komin. Jednak obliczenia co do kierunku upadku okazały się prawidłowe i dramatyzm wiszącego nad hutą komina skończył się w planowanym miejscu wielkim gruzowiskiem. Żadne sąsiadujące z linią upadku obiekty nie doznały szwanku, bo odchyłka wyniosła tylko 1,5 metra. 

Upadek wyburzanego komina H-150. [Kronika HMG 1971-2006, s. 177]

 

2000, 27.06.,  dziś sklep jubilerski przy Al. Wolności stał się obiektem zainteresowania przestępców z Wołomina. Około 11.30 czwórka bandytów dokonała napadu. Trzech mężczyzn wdarło się do środka gdzie terroryzując personel ukradli pieniądze i biżuterię. Czwarty czekał w samochodzie. Srebrne BMW, zostało kilka dni wcześniej skradzione obywatelowi Niemiec w Łęknicy. Zaopatrzono je w ukradzione na terenie Jawora tablice rejestracyjne. Można wnioskować, że napad był wcześniej przygotowany. Bandytom udało się uciec pomimo natychmiastowego ogłoszenia policyjnej blokady miasta. Choć napad się udał, bandyci mieli pecha. Przypadkiem bowiem w pobliżu banku znajdował się patrol policji. Policjanci użyli broni, trafiając jednego z bandytów. Rannego kompani wyrzucili z samochodu. Chwilę później na głogowskim bruku ranny zakończył życie. Zidentyfikowano go jako przestępcę z Wołomina, znanego jako "Kraszan". A sprawcą tego napadu był poszukiwany od kilku lat Andrzej T. ps. "Tybur".

 




Wykonanie: ŁUKASZ JEDYNAK FOTOGRAFIKA